To będzie trochę inna relacja z kolejnej edycji Harpagana, tym razem „od kuchni”. Myślę, że podobnie jak we wspomnieniach uczestników, będzie równie ciekawie i trochę ekstremalnie...
Kolejny raz przypadło mi w udziale współorganizowanie Harpagana i podobnie jak w poprzednich edycjach pełniłem funkcję pilota. Na każdym punkcie kontrolnym musi znaleźć się obsługa, którą dowozi się i zwozi busem. Pilot czuwa nad trasą, nawiguje gdzie jechać i wydaje polecenia kierowcy. Jest także odpowiedzialny za prawidłowe rozstawienie punktu. Dochodzi do tego sporadyczne zwożenie uczestników, którzy już nie są w stanie o własnych siłach dotrzeć do bazy. Zajęciu temu towarzyszy ciągły brak czasu i snu, stres aby prawidłowo rozstawić punkty, konieczność podejmowania decyzji w kilka sekund mknąc samochodem 60-90 km/h przez las.
Pierwszym zadaniem było zawiezienie 10-cio osobowej obsługi na PK 1 trasy pieszej i mieszanej, nadzorowanie rozstawienia i pracy tego punktu oraz na końcu zwiezienie całej ekipy do bazy. Szykował się wyjazd o 20-stej i stanie w lesie do 23-ciej. Pobrałem wszystkie potrzebne mapy, ubrałem się ciepło jak na zimę, zebrałem „punktowych” i w drogę do lasu. Podobnie jak podczas kilku ostatnich edycji przyszło mi jeździć z kierowcą Bartkiem.
Najgorszy jest zawsze pierwszy wyjazd, trzeba poznać układ przestrzenny miejscowości bazowej, zapamiętać charakterystyczne miejsca. W perspektywie było wjeżdżanie i wyjeżdżanie z tego miejsca kilkanaście razy przez ponad najbliższą dobę. Takie informację się przydają, zwłaszcza w sobotę o świcie, gdy oczy zamykają się same.
Już na samym początku wjazdu do lasu w Smołdzinie wyszło na jaw, że mapy nie są zbyt aktualne. Ścieżki prowadzącej do pierwszego punktu nie zauważyłem, pojechaliśmy dalej. Potrzebna była wskazówka telefoniczna od Karola, dzięki której w końcu dotarliśmy na miejsce.
Uczestnicy mogli tutaj przyjść dwoma drogami, więc postawiliśmy na każdej z nich po dwa rękawy z biało-czerwonej taśmy. Na skrzyżowaniu powstało coś w rodzaju placyku, gdzie uczestnicy zatrzymywali się aby coś zjeść, przepakować się lub zastanowić nad mapą.
Każdy z obsługi miał ustalone zadanie do wykonania. Były osoby odpowiedzialne za spisywanie numerów startowych i ci, którzy nieustannie podawali czas. Ja pozostawałem w odwodzie, pomagając to tu, to tam.
Atmosfery każdego pierwszego PK nie da się łatwo opisać. Najpierw jest oczekiwanie, kalkulacja kiedy mogą się pojawić pierwsi. Tym razem od startu było 5.5 km najkrótszą drogą. O 21:20 usłyszeliśmy pierwsze szczekanie psa w odległym o niecałe 2 km Smołdzinie. Czołówka zjawiła się po 10 minutach. Pierwsi trzej biegacze śmignęli przez punkt szybko znikając w ciemnym lesie, kilkanaście minut potem zaczęły się schodzić kolejne grupki. Ale my czekaliśmy na coś większego, zapewne 100 osobowy tramwaj.
Niewiele przed 22:00 zaczęła się prawdziwa akcja. Mnóstwo czołówek sunęło na nas, byliśmy w pełnej gotowości. Wpadły pierwsze osoby, ktoś krzyczał „CZAS”, ktoś odkrzyknął „21:50”, z drugiej strony „NUMER”, ktoś „994”. Zrobiło się głośno i tłoczno. Krzyki z prośbą o podanie czasu, odkrzykiwanie czasu i numerów startowych, pytania jak podbić kartę, nawoływanie się zawodników po wyjściu z rękawa, narady ekip… wszystko zlało się w jeden hałas, słyszałem tylko człowieka bezpośrednio przede mną oraz odpowiedź na mój krzyk „CZAS”.
I tak było jeszcze przez następną godzinę. Nadeszły jeszcze chyba ze trzy kolejne tramwaje, a pomiędzy nimi większe i mniejsze grupki zawodników. Dobrze, że dojście ze startu jest dosyć długie, przynajmniej uczestnicy nadchodzą falami, nie wszyscy razem. Większość wybrała drogę z północy, więc przerzuciłem w to miejsce część osób i „kasownik” z drogi na północny-zachód. Za każdym razem robił się korek, co jakiś czas krzyczałem do zawodników którzy „podbili” punkt aby się przesunęli, na szczęście pomagało.
Około 22:45 wszystko ucichło, pojawiały się jeszcze niedobitki w małych kilkunastoosobowych grupkach. W sumie czekaliśmy tylko na zamknięcie punktu. Tuż przed 23:00 zaczęliśmy powoli zwijać PK zostawiając tylko jeden rękaw na bardziej popularnym dojściu. Zrobiło się chłodno i nudno. Ostatni, spóźniony zawodnik pojawił się kilka sekund przed zamknięciem. Chwilę później już jechaliśmy.
Niestety w drodze powrotnej popełniłem poważny błąd wybierając złą ścieżkę od PK1. Rezultatem było zakopanie się na wąskiej drodze, porozcinanej głębokimi koleinami. Tutaj chciałbym podziękować wściekłej na mnie obsłudze punktu, która pomogła wypchać samochód dobry kilometr do tyłu. Na szczęście potem było już lepiej i podczas tej edycji nie popełniłem już tak karygodnego błędu.
Po powrocie do bazy czekały kolejne zadania. Po kilkudziesięciu minutach wyruszyliśmy zwinąć PK 2 i PK 3. Na PK 3 ciężko było trafić, a część odcinka musiałem pokonać pieszo. Dodatkowo stamtąd zebraliśmy kilku bardzo zmęczonych i zrezygnowanych zawodników, więc jechaliśmy przeładowanym busem. Wróciliśmy po 3 w nocy, mając z Bartkiem nadzieje na chwile przerwy na kawę i coś do jedzenia. Nadzieja była złudna i po pół godzinie byliśmy w drodze z zadaniem rozstawienia czterech punktów rowerowych.
Co prawda ruszyliśmy dosyć wcześnie, ale z doświadczenia wiedziałem, że pora świtu jest najgorsza. Zmiana oświetlenia, nieprzespana noc oraz zmęczenie powodują, że łatwo o pomyłkę, a tym samym spóźnienie. Bliższe punkty trzeba rozstawić przed startem rowerzystów, dalsze maksymalnie do godziny siódmej rano. Z powodu dowolnej kolejności potwierdzania punktu rowerzyści mogą pojawić się dosłownie wszędzie. Dlatego zawsze na tym etapie brakuje czasu.
Szybko i bezbłędnie poradziłem sobie ze wszystkimi punktami, a ostatni rozstawiłem jeszcze po ciemku. Znajdował się on na szczycie Wieżycy, gdzie zaprowadziłem punktowych na piechotę z parkingu u podnóża wzniesienia. W bazie pierwszy raz w historii byliśmy pierwsi. W ten sposób zmyłem wstyd z PK 1. „W nagrodę” za szybki powrót dostaliśmy jeszcze do postawienia PK 12 na trasie pieszej. Gdy byliśmy tam było już jasno. Punkt stał na zarośniętej przecince, która stanowiła oś dla wijącej się ścieżki. Postawienie punktu przy uważnym śledzeniu mapy nie sprawiło większego problemu.
Jadąc do bazy miałem nadzieję na chociaż godzinę snu. Od ponad 12-sto godzinnego pozostawania w gotowości bojowej, podejmowaniu decyzji natychmiastowo i stresie związanym z odpowiedzialnością czułem się bardzo zmęczony, wręcz wyzuty. Oczy zamykały mi się same. Na szczęście w „logistyce” dowiedziałem się, że jest chwilowy przestój. Pozwoliło mi to przespać się godzinę, czyli „naładować baterie” na najbliższe 3-4 godziny.
O dziewiątej rano zostałem brutalnie wyrwany ze snu, do ręki wciśnięto mi rozpiskę z zadaniem postawienia PK 15. Bartek zasnął kamiennym snem w samochodzie, więc musiałem pojechać innym busem. Na miejscu miałem wątpliwości czy jest to dokładnie to miejsce, dawało się we znaki zmęczenie. Konsultowałem się telefonicznie z Karolem, według jego opisu miejsce było podobne, więc zostawiłem tam punktowych. Po drodze do bazy odwiedziliśmy PK 7, który miałem zwijać za kilka godzin. Na punkcie było parę znajomych uczestników, jeszcze kilku innych minęliśmy samochodem. Po jakimś czasie w bazie złapał mnie Karol – potwierdziły się moje obawy, obsługę PK 15 zamiast na punkcie postawiłem na sąsiednim skrzyżowaniu, było już na nim 3 pierwszych zawodników. Szybko pojechaliśmy samochodem „przestawić punktowych” na właściwe miejsce.
Środek dnia i harmider w bazie nie pozwolił mi zasnąć. Kilka godzin spędziłem snując się po szkole, rozmawiając ze znajomymi. Około 14-stej pojechaliśmy zwinąć PK 7. Po powrocie potrzeba snu jednak wygrała i jak zabity spałem od 15-stej do 18-stej.
Następnie trzeba było pojechać po punkty, które wcześniej rozstawiliśmy. Zaczęliśmy od końca, czyli od Wieżycy. Obsługa na moją prośbę zeszła ze szczytu na ten sam parking, na którym zatrzymaliśmy się rano. Potem był punkt w Ramlejach (PK 8) i Trątkownicy. Postanowiłem pojechać na skróty drogą asfaltową z Babiego Dołu przez Jar Raduni do Borkowa. Pech i zmęczenie spowodowały, że zamiast przed torami skręcić w drogę skręcającą lekko w prawo dotarliśmy aż za stację Babi Dół, tracąc w ten sposób około 15 minut i trochę nerwów. Szczerze mówiąc przy prędkości około 50 km/h w ciemnościach i okropnym zmęczeniu tego rozwidlenia po prostu nie zauważyłem, chociaż w swojej „karierze turystycznej” byłem tutaj wiele razy.
Dalsza droga dłużyła się niemiłosiernie. Chciałem być już w bazie. W Borkowie skręciliśmy na północ i drogą szutrową polno-leśną pojechaliśmy po ostatni rowerowy PK 3. Z powrotem od Smołdzina nie musiałem już przykładać uwagi dokąd jedziemy. Kierowca znał trasę do Przodkowa na pamięć. Jechaliśmy tędy w przeciągu doby ponad dziesięć razy. Obsługę wysadziliśmy niemalże w biegu i jak najszybciej ruszyliśmy po nasz ostatni PK 15 z trasy pieszej. Świadomość końca tej zabawy w wywożenie ludzi do lasu dodawała skrzydeł.
Całość zakończyła się około 21:30, „zeszły” wszystkie stresy, można było się rozluźnić. Rano czekał mnie jeszcze powrót rowerem do Gdańska. Łącznie od piątku rana do soboty wieczora spałem w ratach 4 godziny. Obecnie nie mam ochoty nikogo pilotować przez najbliższe pół roku... do czasu Harpagana-33 :)
Zobacz także oficjalną stronę ERnO Harpagan: http://www.harpagan.pl/rajd/aktualnosci.php
Jerzy Pinkas
Pilot ERnO Harpagan-32