dzisiaj jest , 05 2010 r.
mały portal podróżniczy (nie)zwykłych ludzi
PrzedSiebie.pl » Relacje z wypraw i wycieczek » Szwecja i Dania rowerem 2006

Szwecja i Dania rowerem 2006

Dwutygodniowa wyprawa rowerem przez południową Szwecję i duńską Zelandię.

Skandynawia pociągała mnie chyba od zawsze, wydając się krainą bogatą w piękne krajobrazy i z gościnnymi ludźmi. Chyba zawsze chciałem tam pojechać, a od jakiegoś czasu planowałem wybrać się tam rowerem. W końcu przyszedł czas na zrealizowanie marzeń. Przygotowywałem się prawie dwa miesiące, głównie szukając informacji w internecie. Pozostawała jeszcze kwestia towarzystwa, zawsze najtrudniejsza. W końcu wybrałem się Agnieszką Koneczną (kumpelą z klubu Bąbelki), która również od jakiegoś czasu planowała zwiedzić część Szwecji na rowerze.

 

Pierwszy plan zakładał odwiedzenie dwóch większych szwedzkich wysp: Gotlandii i Olandii oraz południowej Szwecji. Wkrótce pojawił się pomysł aby, oprócz Sztokholmu, zaliczyć również Kopenhagę. Niestety koszty podwyższały dwa kursy promem na i z Gotlandii. Dlatego ostatecznie wybraliśmy tańszą opcję, czyli: Olandia – południowa Szwecja – Kopenhaga – Dania.

 

Łącznie wędrowaliśmy 16 dni, przemierzając prawie 1300 km, z czego pierwszy tydzień w Szwecji (ok. 700 km), a drugi w Danii (ok 500 km).

 

Obydwa kraje zadziwiają uprzejmością ludzi i ich gotowością do pomocy. Nie trzeba chyba wspominać o stanie czystości, porządku oraz przestrzeganiu wszelkich przepisów (także drogowych). Szwedzi są narodem bardzo spokojnym. Nie widzieliśmy osób krzyczących, awanturujących się, jest bardzo bezpiecznie. Odnosiliśmy wrażenie, że rowerzyści to zarówno dla Szwedów i Duńczyków „święte krowy”. Miłe było także nieustanne pozdrawianie z uśmiechem i charakterystycznym „HEY”.

 

Garść spostrzeżeń: w Szwecji obowiązuje prawo powszechnego dostępu do natury, które m.in. mówi, że można rozbić namiot na jedną dobę w dowolnym miejscu, pod warunkiem, że nie ma znaku zakazu i nie narusza się prawa do prywatności. W Danii natomiast, podobnie jak w Polsce, rozbijanie się „na dziko” jest nielegalne, ale istnieją darmowe miejsca biwakowe: tent place. Woda, zwłaszcza w Szwecji, kosztuje dużo (za 1,5 litra około 10 SEK), ale można pić wodę z kranu, którą łatwo zdobyć w instytucjach publicznych czy od mieszkańców w wioskach.

 

Szwecja zachwyciła mnie krajobrazami, umiarkowaną dzikością (mimo że południowa część tego pięknego kraju jest już silnie zurbanizowana) oraz postawą ludzi. Dania, również przyjazna z jeszcze większą ilością ścieżek rowerowych, jest już bardziej „europejska”. Nawiasem mówiąc podobała mi się mniej, ale to pewnie subiektywne odczucie spowodowane deszczową pogodą, która nam towarzyszyła podczas tygodniowego pobytu w tym kraju.

 

Dodać trzeba jeszcze coś o ścieżkach rowerowych. Jak było napisane wyżej, rowerzyści traktowani są w sposób uprzywilejowany. W Szwecji ścieżki rowerowe są w każdej większej miejscowości. Do centrum prawie każdego miasta „wprowadza” ścieżka rowerowa, która zaczyna się już nawet kilka kilometrów od jego granic. Kierowcy wyprzedzają rowerzystów z przepisowym odstępem, zwalniając (im się nigdzie nie śpieszy). W Danii ścieżek jest więcej, przy każdej w sumie drodze główniejszej i w każdej miejscowości. Jednak są często gorzej oznaczone.

 

 

Dzień 1: Prom i wyjazd z Karlskrony (70 km)

Plan zakładał wypłynięcie promem Stena Line z Gdyni o godz. 9:00. Niestety przeze mnie przyjechaliśmy bardzo późno – dopiero około 8:40: nie dość że zaspałem, to jeszcze mój rower był bardzo ciężki i były problemy z jego wnoszeniem/znoszeniem na peronach. Na szczęście odprawa graniczna polegała w zasadzie tylko na sprawdzeniu dokumentów. Pogoda nie zapowiadała się dobrze, było pochmurno i zimno.

Wyjazd z Karlskrony był ciężki. Obcy kraj, obcy język trochę inne znaki drogowe. Jednym słowem zgubiliśmy się. Z pomocą przyszła szwedzka rodzina, która sama z siebie po angielsku wytłumaczyła nam, jak wyjechać na Torsas. Potem spotkaliśmy grupkę niemieckich rowerzystów w „zaawansowanym” wieku (którzy dwa lata wcześniej przejechali ze Świnoujścia przez Gdańsk do Talina). Razem z nimi zgubiliśmy się drugi raz. Tym razem pomogła nam, ładna szwedzka dziewczyna.

Dojechaliśmy aż za Torsas. Najpierw głównie przez lasy z małą ilością zabudowań. Teren był pofałdowany „kaszubsko”, chociaż zdarzały się odcinki płaskie. Kilkakrotnie mijaliśmy skały, czasami były dobrze widoczne na nich rysy po dynamicie, służącym do „przebicia” drogi. Nocleg wypadł nam w gęstym lesie sosnowym, rozbijaliśmy się o 00:30.

Dzień 2: Dojazd do Kalmaru i na Olandię (98 km)

Tego dnia z kierunku północnego i północno-wschodniego wiał silny, porywisty wiatr. Jechało się ciężko, z prędkością 11-16 km/h. Dostaliśmy w kość.

Sam Kalmar jest bardzo ładny. Wyróżnia się imponującym zamkiem, ładnym starym miastem i zadbanymi ulicami oraz zamiłowaniem mieszkańców do żeglarstwa.

Dodatkowo odwiedziliśmy informację turystyczną, gdzie pobraliśmy materiały o Olandii, w tym dokładne (1:50 000) mapy dla rowerzystów z zaznaczonymi trasami.

Na Olandię prowadzi długi na 6 kilometrów most. Niestety nie można po nim jeździć rowerem, ale za to co godzinę kursuje darmowy autobus ze specjalną przyczepką na rowery. Przejazd zajmuje około 15 minut. Minusem jest konieczność zdjęcia z roweru prawie wszystkiego, łącznie z sakwami, światełkami, licznikiem, mapnikiem itp. Inaczej z uwagi na pęd powietrza podczas jazdy przez most można stracić część swojego ekwipunku. Więcej informacji o autobusie można znaleźć na stronie http://www.vv.se/olandsbron.

Na Olandii udaliśmy się na północ do Borgholmu. Najpierw bocznymi drogami, a potem niestety uciążliwą i zatłoczoną samochodami turystów drogą nr 136. Znowu pod wiatr.

Zwiedziliśmy ruiny wielkiego zamku w Borgholmie i zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Kempingi były drogie – około 90 koron za osobę. Ostatecznie rozbiliśmy się na południe od miejscowości Köpingsvik, wśród drzew za małym boiskiem, znowu po ciemku...

Dzień 3: jak najdalej w głąb południowej Szwecji (127.5 km)

Ruszyliśmy spod Borgholmu. Szybko wjechaliśmy na szlak rowerowy Olandsleden, którym przejechaliśmy do Färjestaden. Po drodze oglądaliśmy wiatraki, z których słynie ta wyspa, pola uprawne i inne elementy płaskiego, rolniczego krajobrazu.
Prawie połowa trasy składała się z dróg szutrowych z wysypanym wapiennym żwirkiem. Zresztą cała Olandia ma podbudowę wapienną, a skała ta jest używana np. do budowania luźno ułożonych murków wzdłuż dróg. Pozostała część trasy to boczne drogi asfaltowe. Bliżej zachodniego brzegu teren był lekko pofałdowany.

Po pokonaniu autokarem mostu na stały ląd ponownie podziwialiśmy Kalmar, tym razem już się nie zatrzymując. Identycznie jak dzień wcześniej wróciliśmy do Ljungbyholm. Jedną z główniejszych dróg (płaska, monotonna z zakrętami co 2-3 km) pojechaliśmy do miasteczka Paryd (tutaj kolejne zakupy oraz rozmowa z przypadkowo spotkaną rodziną Holendrów mieszkających w Szwecji).

Szybko i sprawnie „przelecieliśmy” do Vissefgärda, pokonując dużą ilość zjazdów i podjazdów. W wiosce obejrzeliśmy kościół, a gdzieś po drodze poprosiliśmy o wodę z kranu. Jak zwykle nawiązała się rozmowa skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Miła Pani była pod tak dużym wrażeniem, że dała nam dodatkowo „oryginalną” wodę mineralną.

Rozbiliśmy się na kąpielisku nad jeziorem koło Eringsboda. Na miejscu: boisko, budynek z prysznicami (niestety zamknięty), przebieralnia, pomost, miejsce na ognisko. Zaraz po naszym przyjeździe pojawiło się starsze małżeństwo z wędkami. Na pytanie, czy można się tutaj rozbić na noc usłyszeliśmy, że chyba tak skoro nie było tabliczki z zakazem. Zupełnie rozbroiło nas stwierdzenie: You can camp here, but there is no facility! No toilets, no electricity. No cóż... po ciężkim dniu z wieloma podjazdami i zjazdami oraz z uciążliwym bocznym wiatrem nam to miejsce wydawało się wymarzonym :)

Dzień 4: przelot pod Kristianstad (116.3 km)

Tego dnia znowu było górzyście, chyba podobnie jak w Sudetach. Na trasie zjazdy około 40km/h i uciążliwe podjazdy 10-15 km/h. Kilka razy na drogach szutrowych podprowadzaliśmy ciężkie rowery.

Ostatecznie dojechaliśmy do wyspy Ivö na jeziorze Ivösjön (chyba pozostałość zatoki Bałtyku), otoczone wzniesieniami sięgającymi nawet 100 metrów wysokości. Na wyspę z zachodniego brzegu kursuje przez całą dobę (co 20-30 minut) darmowy prom.

Zachodnia część wyspy jest dosyć płaska, usiana kempingami z wypoczywającymi szwedzkimi rodzinami. Uderza wielka ilość samochodów kempingowych z całą „infrastrukturą”: od materacy, kuchenek, generatorów prądu po telewizory i radia. Na jednym z takich miejsc nielegalnie skorzystaliśmy z kuchni oraz prysznica (ciepła woda za 1 SEK/2 minuty).

Nasz namiot rozbiliśmy w lesie za jakimś miniośrodkiem przeznaczonym na imprezy integracyjne.

Dzień 5: do Kristianstad i do Skanii (87.5 km)

Wiatr ucichł, zrobiło się strasznie gorąco. Po drodze odwiedziliśmy pobliski zamek i szybko znaleźliśmy się w Kristianstad. W informacji turystycznej dostaliśmy dobrą mapę Skanii. Samo miasto z ważniejszych atrakcji posiada jedynie rynek oraz kościół.

Pojechaliśmy do Ahus, typowej miejscowości letniskowej, do której z Kristianstad prowadzi ścieżka rowerowa. Trochę zmęczeni dwie godziny spędziliśmy na plaży.
Wyjechaliśmy dopiero około 18-stej. Najpierw nudną płaską drogą przez pola dotarliśmy do kościółka w Vittskövle oraz pobliskiego ładnego zamku (renesansowy, niestety prywatny).

Na kolejnym odcinku spotkało nas niemiłe zaskoczenie. Musieliśmy przebić się przez pasmo wzgórz oddzielających Skanię od reszty Szwecji. Malownicze wzniesienia, ale męczące podjazdy spowodowały, że nie dojechaliśmy do zamku Kristianslott. Namiot rozbiliśmy w lesie niedaleko głównej drogi.

W nocy przeszły burze, obficie mocząc mi buty, pałatkę służącą do przykrywania rowerów oraz tropik od namiotu.

Dzień 6: Brösarp, zamki, Vombsjön (100.0 km)

Wyruszyliśmy później niż było w planie, trochę po 10-tej. Cały dzień było pochmurno, po południu padał deszcz.

Wjeżdżaliśmy do Skanii, według przewodników terenu płaskiego i rolniczego. Niestety rzeczywistość okazała się inna. Co prawda wzniesienia nie były duże, ale wykańczało nas nieustanne wspinanie się, aby następnie nabrać rozpędu przed kolejnym podjazdem.

Udaliśmy się na zachód do zamku Kristinehof, gdzie zaskoczyły nas duże podjazdy, tym bardziej nieprzyjemne, że na drodze szutrowej. Stamtąd w kierunku południowym, w połowie drogami szutrowymi, do Tomelilla, gdzie na kepmpingu za opłatą 10 koron skorzystaliśmy z wrzątku. Dalsza trasa wiodła przez Sövestad, za którym zmieniliśmy kierunek na północny, aby odwiedzić trzy zamki. Na mocno pofałdowanej drodze czasami brakowało już sił i motywacji aby po raz kolejny rozpędzać się przed podjazdem.

Pierwszy zamek, a raczej dworek miał cytrynową elewację. Należał do osoby prywatnej, a zaraz po nas wyjechał z drogi prowadzącej do zameczku ładny, drogi samochód marki Jaguar. Drugi zamek to pałac-hotel ładnie położony nad jeziorem. W tym miejscu zaczął padać duży deszcz. Trzeci zamek okazał się bardzo ładny. Wcześniej miał charakter obronny, w XVIII w. przerobiony został na rezydencję. Dobrze zachowała się fosa. Obecnie prywatny, zresztą jak większą zamków i pałaców w Szwecji.

Po zwiedzeniu zamków dotarliśmy do główniejszej ulicy, którą pojechaliśmy kawałek dalej. Potem odbiliśmy na północ w stronę dosyć sporego jeziora. Zjazd na miejsce biwakowe (oznaczone na mapie jako kąpielisko) minęliśmy, ale po chwili zauważyliśmy, że w małą ścieżkę kierują się inni rowerzyści z sakwami. Pojechaliśmy za nimi... okazało się, że słusznie.

Kąpielisko położone było nad ładnym, dużym jeziorem z piaskową plażą, przez którą strasznie ciężko prowadziło się rowery. Na miejscu stało już parę namiotów szwedzkiej młodzieży.

Dzień 7: na Lund (95 km)

Początkowo jechało się w miarę dobrze, główną drogą asfaltową na zachód, teren był prawie płaski. Ale po odbiciu na północ znowu zaczęło się faliście. Na dzień dobry przywitał nas 2-3 kilometrowy podjazd ze znaczną różnicą wysokości. W nagrodę odwiedziliśmy kilka kolejnych ładnych zamków. Co jakiś czas lekko padało. Na szczęście nie dogoniliśmy znajdującej się przed nami wielkiej czarnej chmury wędrującej z południowego-wschodu na północny-zachód...

Lund nas urzekło. Czuć było klimat miasta o charakterze uniwersyteckim. Zaskoczyła nas różnorodność ludzi, a także duża ilość turystów. Nie wspomnę już o sławnej katedrze, urzekającej swoim majestatem, architekturą i pięknem.

Przy wyjeździe z Lund trochę się pogubiliśmy, ale z pomocą ludzi na stacji benzynowej udało się znaleźć dobrą drogę na południe. Niestety wiał dosyć uporczywy wiatr z południa. Jechało się źle.

Nocleg zaplanowaliśmy nad jeziorem Yddingesjön gdzieś na zachodnim brzegu pomiędzy polem golfowym a brzegiem. Niestety kosztowało nas to kilka kilometrów bezsensownego kółka po lesie, by w końcu trafić pod Svedalle. Namiot rozbiliśmy w końcu na południowym brzegu w mało ciekawym miejscu.

Dzień 8: Malmö i Kopenhaga (75 km)

Nad ranem padało dosyć mocno, a przez cały dzień przelotnie. Co jakiś czas wychodziło słońce, ale zdarzały się też spore ulewy.

Dojazd do Malmö był bardzo nudny. W samym mieście pogubiliśmy się, co źle wpłynęło na morale. Z pomocą kompasu znaleźliśmy w końcu IT na dworcu kolejowym. Sprawdziliśmy ile kosztuje pociąg (90 SEK + 45 SEK za rower) oraz co ile odjeżdża (co 20 min w zasadzie przez całą dobę).

No i ruszyliśmy na zwiedzanie… Miasto okazało się ładne, czyste i zadbane. Zrobiło na mnie dobre wrażenie portowego miasta ze starą zabudową. Atmosfera lekko mnie zaskoczyła. Przyzwyczajony do ciszy i spokoju Szwecji, po której wędrowaliśmy przez ostatni tydzień, byłem lekko zszokowany zgiełkiem dużego siedliska ludzkiego, ilością kolorów, różnorodnością ludzi wszelkich nacji.

Oglądanie Malmö zajęło parę godzin, chodź można było zrobić to pewnie szybciej. Pojechaliśmy około 14-stej na pociąg do Kopenhagi. Nasz środek transportu raczej wyglądał jak metro i pewnie jest tak używany przez mieszkańców Malmö i Kopenhagi. Trudno było poczuć, że przejeżdża się przez cieśniny duńskie, a tym bardziej, że przekracza się granicę.

Kopenhaga już na początku nas zszokowała. Sprawiała wrażenie chaotycznego miasteczka rowerowego. Rowery śmigały, wyprzedzały nas, musieliśmy nauczyć się skręcać w lewo, co wbrew pozorom nie jest takie łatwe i oczywiste. Rowerzyści, mimo że jesteśmy zaprawieni w boju rowerowym, i tak nas wyprzedzali, w dodatku na o wiele gorszych rowerach. Widok rowerzystów typu: ładna dziewczyna w spódniczce mini i butach szpilkach, czy facet w garniturze z teczką przestały nas po jakimś czasie poruszać.

W Kopenhadze gubiliśmy się co chwilę. Ciężko było odnaleźć informację turystyczną, a gdy w końcu trafiliśmy (znajduje się niedaleko dworca) okazało się, że musimy pojechać do duńskiego stowarzyszenia rowerzystów. Prowadziła Agnieszka, lecz pojechaliśmy w zupełnie drugą stronę (sic!). Przejąłem mapę i dojechaliśmy pod jakąś stację metra, skąd na piechotę udałem się w poszukiwaniu stowarzyszenia. Nie było łatwo, ale szczęśliwie cel odnalazłem po około 20 minutach.

Był to w zasadzie sklep rowerowy. Dostałem mapę topograficzną z zaznaczonymi darmowymi miejscami na rozbicie namiotu (tent place). Część południowa była już płatna. Wcześniej na stacji pobrałem dodatkowe materiały, takie jak mapa centrum Kopenhagi i foldery z informacjami co warto zwiedzić. Okazało się, że noclegi lepiej jest planować w oparciu o darmowe miejsca pod namiot niż kupować kartę turystyczną dla cyklistów. Kosztuje ona około 60 DDK i w dodatku nie uprawnia do wielkich zniżek.

Ruszyliśmy z miasta w kierunku północno-zachodnim nad jezioro Farumsø, po drodze pod Farum odwiedzając market NETTO. Okazało się, że Dania jest troszkę tańsza, można nawet kupić piwo w butelkach 0.33 l, za 1.5 DDK, co prawda o kiepskim smaku, ale za to ma już 4.6% zawartości alkoholu :))). Pod marketem spotkaliśmy Polkę mieszkającą w Danii i z jej pomocą odnaleźliśmy dalszą drogę.

Do noclegu nad jeziorem prowadziła mała ścieżka, a wjazd oznaczony był (potem okazało się, że jest tak zawsze) brązowym słupkiem z małą tabliczką przedstawiającą namiot. Na miejscu spotkaliśmy dwóch młodych Duńczyków, miłośników rajdów przygodowych, z którymi do późnych godzin rozmawialiśmy na różne tematy turystyczne i duńskie.

W tym samym miejscu rozbity był także inny namiot. Okazało się, że mieszka w nim bezdomny, zresztą tydzień później spotkaliśmy go znowu – w tym samym miejscu.

Dzień 9: duży deszcz, słaby wynik (63.5 km)

Deszcz lał całą noc, także rano. Pogoda nie zachęcała do dalszej wędrówki. W sumie przesiedzieliśmy w namiocie do południa i w strugach deszczu pojechaliśmy zachodnim brzegiem jeziora. W Farum w markecie zaopatrzyliśmy się w żywność, a kolejny duży deszcz przeczekaliśmy w towarzystwie lokalnych żurków, z którymi bez problemu porozumiewaliśmy się po angielsku.

Dalsza droga przebiegała ścieżkami rowerowymi wzdłuż głównej drogi, przez pofałdowany teren. Znowu zaczęło padać i cali mokrzy dojechaliśmy do Horsholm. Zwiedziliśmy muzeum pisarki Karen Blixen i ładną marinę. O 17-stej na chwilę wyszło słońce.

Następnie ruszyliśmy na północ. Męczył nas trochę boczny wiatr od morza. Na szczęście nie padało. Planowaliśmy nocleg koło Dageløkke na zaznaczonym na mapie miejscu na namiot. Okazał się ono nieciekawym parkingiem dla przyczep kempingowych. Pojechaliśmy dalej, na północny-zachód nad jezioro koło Nødebo. Wcześniej bezskutecznie szukaliśmy noclegu na polu koło Grønholt.

Miejsce przyjemnie położone nad ładnym jeziorem z „kratką” (metalowa krata do grillowania z możliwością opuszczenia nad ognisko), ławeczką, niedaleko pomost.

Wieczorem lekko pokropiło, ale później wyszedł nawet księżyc, więc było dobrze widać ładne fajerwerki w Fredensborg.

Dzień 10: kolejny dzień deszczu, zwiedzanie Helsingør (56 km)

W nocy i nad ranem znowu lało. Ruszyliśmy dopiero około południa. Początkowo trasa była łatwa po płaskim terenie. Dojechaliśmy do Fredensborg, gdzie znajduje się ładny biały pałac letnia rezydencja duńskiej królowej. Stąd ruszyliśmy głównymi drogami (ścieżki rowerowe) do Helsingør.

Helsingør to bardzo ładne miasto, przyjazne dla turystów. Stąd można przeprawić się na drugą stronę do Helsingborg w Szwecji (bilet na prom z rowerem kosztuje około 35 DDK).

Po zaaklimatyzowaniu się w miasteczku pewien czas spędziliśmy na ławeczce na skwerku koło przystani. Wyszło słońce, zrobiło się ciepło, jedliśmy i suszyliśmy mapy.

Jednak najważniejsze w mieście było przed nami! Mam na myśli zamek Kronborg w Helsingør. To tutaj Szekspir umieścił akcję swojego Hamleta. Zamek imponuje wyglądem, wielkością i pięknym położeniem.

Nasza dalsza trasa wiodła wybrzeżem przez nadmorskie miejscowości do Hornbeak. Potem odbiliśmy na południe (lekkie górki) nad jezioro Gurze Sø, gdzie mieliśmy kolejny nocleg.

Dzień 11: na cypel Halsnaes (73.6 km)

Znowu padało, zaczęło już wieczorem i ciągnęło się aż do południa. Przestało mniej więcej po godzinie od wyruszenia.

Jechaliśmy głównymi ścieżkami rowerowymi na zachód do Hundestad. Mocno przeszkadzał południowy i południowo-zachodni wiatr. W miejscowości znaleźliśmy ładny domek sławnego duńskiego polarnika Knud’a Rasmussens’a.

Przejechaliśmy wzdłuż wybrzeża na południe do przeprawy promowej w Sølager, z której zrezygnowaliśmy z uwagi na cenę: 22 DDK/osoba i 10 DDK/ rower. Zamiast płacić za prom postanowiliśmy odwiedzić jeszcze Frederskvaerk.

Na nocleg wybraliśmy cypel na jeziorze. Niestety z miejscowości trzeba było wyjechać pod ostrą górkę. Wysiłek rekompensował długi zjazd prawie do samego miejsca, gdzie mieliśmy się rozbić.

Odbiliśmy z głównej drogi na cyplu i boczną drogą dojechaliśmy do jakiegoś gospodarstwa. Starszy miejscowy pan na migi mi wytłumaczył, że musimy jechać jeszcze dalej, w dół przez pole. Miejsce okazało się ładne, była „kratka”, ławeczka, kibelek polowy, a wewnątrz nawet papier toaletowy! Tylko w środku pająków dużo – naliczyłem około 6 różnych gatunków. No ale pająki mi nie straszne :).

Dzień 12: Frederiksvaerk – Frederiksung – Gershøj (70.1 km)

Prawie jak co dzień ruszyliśmy w lekkim deszczu. W nocy oczywiście padało.
Postanowiliśmy wrócić do Frederiksvaerk do informacji turystycznej. Po drodze czekała nas górka i szybki zjazd (dzień wcześniej robiliśmy tą trasę w drugą stronę).

W informacji przeczekaliśmy przynajmniej godzinę, w tym czasie ładowała się tam moja komórka oraz baterie do aparatu Agnieszki. Pobraliśmy także dodatkowe mapki. Druga cześć naszej mapy obejmująca część wyspy na południe od Roskilde była oczywiście płatna i z niej zrezygnowaliśmy.

Udaliśmy się do Frederik Sund. Chwilowo przestało padać, ale niedaleko od IT nad Fjordem złapała nas ulewa. Widziałem gnaną wiatrem ścianę deszczu wyłaniającą się zza zakrętu, która chwilę potem uderzyła w nas. Szybko zawróciliśmy aby schować się pod przydrożnymi drzewami.

Po kilkunastu minutach w lekkim deszczu pojechaliśmy drogą rowerową nr 40. Prowadziła ona drogami szutrowymi i polnymi, dosyć ciężkimi jak na rowery trekingowe obładowane sakwami. W pewnym miejscu trafiliśmy na górkę z drewnianymi schodkami, a wpychanie rowerów zrekompensował ładny widok na zatokę. Potem szlak prowadził osiedlowymi uliczkami. Był kiepsko oznakowany i w końcu po parokrotnym zgubieniu się zrezygnowaliśmy z tej trasy na rzecz głównej drogi do Frederik Sund.

Po chwili odpoczynku skierowaliśmy się do zamku w Jaegerspris, wcześniej pokonując most zwodzony, do którego był całkiem spory korek. Zamek był ładny z interesującą figurą jelenia.

Nie oznakowaną trasą rowerową pojechaliśmy na południe. Szybko dotarliśmy do zamku Selsø oraz do pobliskiego kościółka, zawierającego nawet elementy romańskie. Potem przez Skibby, gdzie bez powodzenia szukaliśmy tent place, dotarliśmy do mieściny Gershøj.

Miejsce na nocleg przypominało ścieżkę przyrodniczą dodatkowo z dwoma miejscami na ognisko oraz z toaletą. Pierwsze zajęli już jacyś ludzie ostro imprezując. Drugie w dole nad brzegiem „okupowała” wycieczka szkolna. Ich nauczyciel doradził nam żebyśmy spali na górce na pasie skoszonej trawy. Później zaprosili nas do ogniska, poczęstowali kiełbaskami oraz bułkami. Parę godzin rozmawialiśmy o różnych aspektach życia turystycznego, polskiego i duńskiego.

Dzień 13: Roskilde (49.6 km)

W nocy deszcz ostro tłukł w tropik. Rano za to przeżyliśmy szok: wyszło słońce, było gorąco, wiał lekki wietrzyk. Nagle jak ręką odjął skończyły się deszcze!

Choć wyruszyliśmy dopiero około południa, to 25 km odcinek do Roskilde pokonaliśmy w niecałe 1.5 godziny. Samo miasto zdecydowanie nas zawiodło. Spodziewaliśmy się starego układu ulic, większej ilości zabytków. Na miejscu warte obejrzenia są: katedra, budynek urzędu miasta, główny deptak i wioska wikingów.

Przez Agerup i Tagerup dojechaliśmy do miejsca noclegowego niedaleko Roskilde, nad wschodnim brzegiem zatoki. Na miejscu przykra niespodzianka: sporej wielkości miejsce zajęte było przez kolejną wycieczkę szkolną. No cóż, rok szkolny w Danii zaczyna się na początku sierpnia, a wycieczki szkolne w tym okresie są na porządku dziennym.

Dzieciaki grały niedaleko naszego namiotu chyba do północy. Dwa razy piłka trafiła w namiot, raz dosyć silnie uderzając w tropik na wysokości mojej twarzy. No ale nie zawsze może być idealny nocleg...

Dzień 14: zamek Frederiksborg (73.8 km)

W nocy jak zwykle padał deszcz. W dzień na zmianę pochmurnie i słonecznie, na szczęście nie padało.

W trakcie zwijania namiotu pozytywnie zaskoczyło nas wychowanie ekologiczne młodzieży. Najpierw w grupach patrolowali całe miejsce biwakowe w poszukiwaniu śmieci, potem odbyła się kontrola nauczycielek. Tego w Polsce zdecydowanie brakuje!

Do Frederiksborg droga łatwa i spokojna, lekko pofałdowana, zajęła nam około dwie godzinny z małym odpoczynkiem w Nørre Herlev. W samym mieście jakiś czas szukaliśmy IT, którą w końcu znaleźliśmy w miejskiej bibliotece. W IT pobraliśmy informacje o mieście i zamku oraz podładowaliśmy baterie do aparatu. W tym czasie godzinę zajęły nam zakupy w pobliskim markecie oraz jedzenie.

Zamek Frederiksborg okazał się piękną i okazałą budowlą, objechaliśmy go dookoła, zobaczyliśmy dziedziniec. Zrobiliśmy kilkanaście zdjęć. Niestety, jak zresztą wszędzie, wejście do środka i zwiedzanie pomieszczeń kosztuje krocie – około 80 DDK.

Dalsza droga przebiegała na południe. Próbowaliśmy wydostać się trasą rowerową, ale trudno było ją odnaleźć. W końcu innymi drogami, kilka kilometrów od miasta, skręciliśmy w zaplanowaną wcześniej trasę. Niestety szlaki w Danii czasami są kiepsko oznaczone i w pewnym momencie dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie do wyboru był zakręt w lewo i w prawo, tabliczki natomiast nie było żadnej. Pomogła jedynie znajomość czytania mapy – trzeba było skręcić w prawo.

Kolejne kilometry przebiegały łatwo, chociaż zakręciliśmy się w Allerød i nadrobiliśmy jakieś 3 kilometry, niepotrzebnie przejeżdżając przez Lynge (tutaj średnio ciekawy kościółek). Główną drogą dojechaliśmy do Farum i znaną z drugiego dnia w Danii trasą udaliśmy się na miejsce noclegowe. Po drodze niestety dopadł mnie kryzys i wlokłem się około 15 km/h.

Miejsce noclegowe było tym samym, co tydzień wcześniej, w ten sposób zamknęliśmy naszą trasę – „zawijas” po północnej części Zelandii. Na miejscu oczywiście nadal był namiot starszego pana – bezdomnego, który zresztą pojawił się tuż po zmroku.

Dzień 15: Kopenhaga (36.7 km)

Około 10-tej wyruszyliśmy do Kopenhagi. Dojazd znaną trasą, chodź w pewnym momencie zjechaliśmy bardziej na zachód. Lekko krążyliśmy po przedmieściach i po około dwóch godzinach trafiliśmy do centrum.

Dzień wcześniej opracowaliśmy optymalną trasę zwiedzania, którą zaznaczyliśmy na mapie. W ten sposób w miarę sprawnie odwiedziliśmy: Ratusz, Muzeum Narodowe, Christiannsborg, kościół św. Mikołaja, Muzeum Erotyki, Okrągłą Wieżę, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Zamek Rosenborg, Kastalet i oczywiście Syrenkę.

W porcie wylądowaliśmy około 17-stej i do 19-stej czekaliśmy na otwarcie terminala. Sama odprawa była według mnie dosyć słabo przygotowana: najpierw należało odebrać bilet w terminalu czekając w długiej kolejce, a potem jeszcze zaliczyć kolejkę samochodów i odprawę graniczną.

Wcześniej, pod terminalem, zjawiły się dwie babeczki rowerzystki z sakwami, które wspominały swoją wycieczkę w okolicach Kopenhagi – po około 30-40 km dziennie. W trakcie ustawiania się do odprawy zauważyliśmy je jak stoją przed samochodami, więc tak samo wepchnęliśmy się przed kolejkę. Tam niespodziewanie spotkaliśmy naszego znajomego z klubu Bąbelki – Waldka, który przez Szwecję pojechał do Norwegii i przez Danię wracał tak jak my do Polski. Zaczęło się opowiadanie o trasie, przygodach i kilometrach. Babeczki miały jakieś takie zdziwione miny :)))

Sama podróż promem, mimo niedalekiego sąsiedztwa „panów z dużymi karkami” przebiegała spokojnie. Wzbudziliśmy zazdrość rozkładając karimaty i śpiwory pomiędzy siedzeniami... :))) W nocy lekko bujało, a w zasadzie kołysało do snu. W Świnoujściu byliśmy o siódmej rano.

Dzień 16: polski szok i Wyspa Wolin (77.9 km)

Tak jak było w planie ruszyliśmy, tym razem w trójkę, jeszcze na Wyspę Wolin. W Świnoujściu „zaskoczyły” nas dziurawe drogi, bieda, żure, policja łapiąca pijanych kierowców zjeżdżających z promów... Ciężko było się przyzwyczaić do naszego „pięknego” kraju.

Zwiedziliśmy latarnię w Świnoujściu i okoliczne fortyfikacje. Zahaczyliśmy o Międzyzdroje, nieciekawą miejscowość nastawioną na leniwych turystów. Dalej jechaliśmy prawie cały czas pod górę drogą do Koszalina po bokach mając piękny bukowy las. W końcu w małej wiosce Wisełka skręciliśmy w leśne drogi, którymi długo klucząc dotarliśmy do latarni Kikut.

Z Waldkiem pożegnaliśmy się koło miejscowości Kołczewo. On pojechał dalej do Gdańska, z zamiarem pokonania trasy w 2-3 dni. My za to udaliśmy się na południe do Wolina, do którego dojechaliśmy po około 2 godzinach. Samo miasto ma mało obiektów do zwiedzania oraz zapyziały dworzec kolejowy.

Czekaliśmy jeszcze na pociąg osobowy jadący przez Szczecin do Poczdamu około godzinę. Przyjechał z parominutowym opóźnieniem. W składzie znajdował się wagon dla rowerów, niestety niski peron powodował, że trzeba było wrzucić ciężkie rowery na wysokość prawie metra. W samym pociągu PKP chyba zapomniało, że te wagony są wyposażone w klimatyzację.

W Szczecinie zabrakło nam czasu na odnalezienie i zwiedzenie zamku. Za to przypatrzyliśmy się samemu miastu – obdrapanemu z uderzającą ilością meneli. Władowaliśmy się do pociągu jadącego aż do Bielska-Białej. Na szczęście pierwszy wagon nie posiadał przedziałów, więc łatwiej było ustawić rowery. W środku spotkaliśmy trzech chłopaków z Białegostoku, którzy wracali z wycieczki rowerowej po Holandii. W ten sposób podróż do Gdańska szybko minęła na opowiadaniach.... Pierwszy porządny obiad jadłem w Gdańsku w domu o 4 w nocy...

Fot. Agnieszka Koneczna, Jerzy Pinkas

Jerzy Pinkas


Poranek po pierwszym noclegu

Zamek w Kalmarze

Katedra w Kalmarze

Kalmar - stare miasto

Przygotowania do przejazdu przez most na Olandię

Zamek w Borgholmie

Jeden ze słynnych Olandzkich wiatraków

Nocleg nad jeziorem koło Eringsboda

Rezerwat Kungsforsen

Rezerwat Kungsforsen

Jezioro Ivösjön

Nocleg na wyspie Ivö

W oczekiwaniu na prom z wyspy Ivö

Zamek koło Bäckaskog

Kościół w Kristianstad

Zamek Vittskövle

Zamek Kristinehof

Katedra w Lund

Zamek w Malmö

Ratusz w Malmö

Parking rowerowy koło głównej stacji kolejowej w Malmö

Marina w Horsholm

Zamek Fredensborg

Zamek Kronborg w Helsingør

Helsingør - stare miasto

Dom Knud’a Rasmussens’a

Zamek Jaegerspris

Kościół w Selsø

Zamek w Selsø

Nocleg w Gershøj

Katedra w Roskilde

Ratusz w Roskilde

Wioska Wikingów w Roskilde

Zamek Frederiksborg

Zamek Frederiksborg

Pierwszy i ostatni noclego w Danii, po lewej w głębi namiot bezdomnego:)

Pomnik Hansa Christiana Andersena

Christiannsborg

Jeden z wielu kanałów w Kopenhadze

Zamek Rosenborg

Kościół św. Mikołaja

Kastalet

Słynna Syrenka

Latarnia w Świnoujściu

Latarnia Kikut



Billboard na budynku dworca w Szczecinie

Szczecin Gł. PKP